Wędkarstwo jako sport to patologia

Daj spokój, znęcanie się nad drobnicą, tony zanęty wywalone do wody, no i swego czasu kult fallusa

kto ma dłuższego kija, ten jest przekumaty
Dla mnie też przede wszystkim kontakt z naturą. Metody to spławik (na Białce), ciężka gruntówa (na Dunajcu) albo spining, choć tu jakoś nigdy nie miałem większych sukcesów. Kiedyś z kumplem mieliśmy fazę na muchę, ale skończyło się na amatorskich produkcjach much

a sprzętu stosownego nigdy nie ogarnąłem.
Z ryb to głównie brzany dunajcowe. W niektórych sezonach można było natrzepać koło 100 ładnych sztuk przez sezon. Parę przegranych kilkugodzinnych walk też się zdarzyło. Poza tym certy, świnki (jak już się trafiła w Dunajcu, to medalówka).
Na Białej to tylko zabawowo łowiłem, choć za gówniarza to od wiosny do jesieni prawie codziennie chodziłem nad rzekę - głównie klenie, jelce, płotki, okonie na spining, czasem po dużej wodzie trafiały się certy i świnki, rzadziej brzany i szczupaki.
Na Wiśle w niektórych rejonach brzany (k. Szczucina, a więc rejon ziomalki, też ładne sztuki + 60 cm), w innych leszcze, karpie itd. Czasem jeszcze na stawy się jeździło (wyrobiska pożwirowe, jakich pełno w okolicy) na karpie (ale wszystkie kilówki, bo to sztucznie zarybiane) albo na Rożnów na leszki.